Widmo pogłebienia się kryzysu

6.09.2010

Matthias Chang, publicysta Global Research, ocenia, że przewartościowanie papierów wartościowych amerykańskich banków sięga 20 000 mld dolarów, czyli jest pięciokrotnie większe, niż wynosił fundusz ratunkowy wyasygnowany dla ratowania banków dwa lata temu przez bank centralny USA - Federal Reserve. Okazuje się, że wartość zabezpieczenia kredytów udzielonych przez banki sięga ułamka ich księgowej wartości.

Co zrobiły banki amerykańskie po otrzymaniu pierwszej transzy wsparcia (bailout) w wysokości 4 bilionów złotych? Ano, wypłaciły swoim managerom wysokie nagrody, zorganizowały im drogie wycieczki, a resztę zdeponowały na kontach nadmiernych rezerw Fed - kontach oprocentowanych. Odtąd czerpią z tych depozytów odsetki. No po prostu żyć, nie umierać.

Problem polega jednak na tym, że te ruchy gigantycznych kwot z banku centralnego do banków i z powrotem w żaden sposób nie zwiększają popytu rynku amerykańskiego. Nikt nie bierze bowiem kredytów, gdyż nie zasługuje na kredyt, zgodnie ze standardami, których zaczęto lepiej przestrzegać w systemie bankowym po wybuchu skandalu z kredytami hipotecznymi.

Tymczasem siły nabywczej drastycznie brak na rynku, a bez niej przedsiębiorcy popadają w tarapaty, bo nie mogą kontynuować opanowanej już produkcji. Zaczyna się zwalnianie obrotów maszyn, redukowanie załóg, robota fabryk na pół gwizdka.

Ostatnie lata przed początkiem kryzysu to były lata rozluźnienia standardów bankowych, co ułatwiało wstrzykiwanie na rynek (poprzez kredyty) siły nabywczej ludności, czyli zwiększało ogólny popyt na dobra i usługi. Teraz tych zastrzyków popytu zabrakło, bo banki jak kwoki siedzą na złotych jajach podarowanych im przez Fed i trzymają się ściśle zasad określania wiarygodności kredytowej klientów, przez tenże bank centralny wyznaczonych.

Tymczasem luka popytowa staje się coraz większa w miarę, jak robotyzujemy produkcję i komputeryzujemy biurokrację. Komputery bowiem nie konsumują, albo konsumują (energii) bardzo mało w porównaniu do wydajności, którą oferują. Stąd rosnąca, systemowa luka w sile nabywczej społeczeństwa.

Gdy nie ma nowego kredytu - bo banki nie ufają potencjalnym inwestorom-kredytobiorcom, że w sytuacji ograniczania wydajności produkcji przez już istniejące fabryki, będą w stanie sprzedać produkcję nowych fabryk i spłacić zaciągnięty kredyt  - systemowy deficyt popytu ujawnia się w pełnej krasie. W tej sytuacji fabryki muszą wyłączać kolejne maszyny i zwalniać kolejne grupy pracowników, którzy je obsługiwali.

(CCA) Krzysztof Lewandowski
Be free to copy