Trujące lekarstwo

Światowe perturbacje finansowo-gospodarcze, których skutki zaczynamy odczuwać w domu, pracy i sklepie, mają swoje systemowe przyczyny. Przyczyny te działają niezależnie od tego, ile kolejnych setek miliardów dolarów czy euro wpompują rządy w ratowanie własnych systemów bankowych, gdyż są to przyczyny wciąż nieujawnione szerszej opinii publicznej, a przez to traktowane jako nieistniejące. Leczymy więc chorobę, ale nie tę, na którą choruje pacjent. Felerny mechanizm centralnego systemu bankowo-korporacyjnego nadal produkuje rosnące ryzyko destabilizacji wynikające z tego, że gospodarka stoi, bo produkcja nie znajduje pokrycia w popycie, który przestał być stymulowany przez nowe kredyty.

Dzisiaj już wiemy, że banki USA, które otrzymały pierwszą transzę ratunkową w postaci 350 mld $, przeznaczyły otrzymane środki na wykupywanie konkurentów i wypłaty honorariów dla menedżerów i dywidend dla właścicieli. Nie zanotowano natomiast wzrostu udzielanych kredytów, co było intencją programu ratunkowego.

Prawdziwą skalę ryzyka destabilizacji określają dziś papiery rynku wtórnego, Credit Default Swaps (CDS), których wartość w ciągu ostatnich 9 lat powiększyła się o niebotyczną kwotę ponad 600 bilionów dolarów. To kwota ubezpieczeń m.in. lipnych zastawów hipotecznych, tracących na wartości. Stanowi ona w przybliżeniu odpowiednik 10 lat produkcji całego świata.

Ta astronomiczna suma obrazuje rozmiar manipulacji i spekulacji sektora bankowo-finansowego, których się dopuszczono mimo, a może na skutek istnienia barier chroniących jego niezależności. Ktoś nadal żyje z odsetek od tych papierów i gdyby liczyć sumaryczne przychody z tego tytułu - wynoszące realistycznie szacując 4,5 % - to uzyskalibyśmy roczną sumę czyichś dochodów na poziomie połowy PKB świata. Tyle kosztuje dziś świat ubezpieczenie bankowej nierzetelności.

CDS-y to nic innego, jak zabezpieczenia niepewnych akcji typu futures, których wartość jest oparta na długoletnich - z horyzontem 30-50 lat - prognozach, zakładających stały procentowo (wykładniczy) wzrost parametrów ekonomicznych. Tylko w sterylnej przestrzeni matematycznej takie prognozy zdają się mieć jakikolwiek sens i to głównie dla brokerów, którzy mogą za ich pomocą zaprezentować inwestorom spodziewany, krociowy zysk. Wprawdzie tylko w niesprawdzających się prognozach, ale jednak.

W rzeczywistości fizycznej - w której mamy do czynienia z ograniczoną rozmiarami planetą, oporną w kształtowaniu materią i trudną do pozyskania energią - tego rodzaju arytmetyczne ekstrapolacje ujawniają w końcu swój czysto spekulacyjny charakter. Wtedy, w okresach zapaści - zwanych kryzysami - roztrzaskują się po prostu o logikę życia gospodarczego.

Z tego rodzaju zderzeniem prawdy z mitem mamy właśnie do czynienia. Alen Greenspan, przez wiele kadencji szefujący największemu bankowi centralnemu świata, przyznał to niedawno podczas przesłuchań w Komisji Senackiej kongresu Stanów Zjednoczonych. Z infantylną szczerością oświadczył mianowicie, że mylił się w swoich teoriach, które wyznaczały trendy gospodarek światowych przez ostatnich kilkanaście lat.

Takie oświadczenie oznacza, że błędne są także teorie ekonomiczne, wykładane na uniwersytetach, a także błędne polityki stosowane przez rządy na ich bazie. Słowa wypowiedziane przez Greenspana podważają sam fundament, sam model ekonomiczny, który wymknął się spod kontroli ekonomistów, nawet tych z najwyższego świecznika, którzy mają wgląd w najpilniej strzeżone bazy danych.

Kryzys jest szansą. Szansą na przyjrzenie się uważne systemowi i przekształcenie wadliwego modelu. Wykorzystując tę szansę coraz więcej osób uświadamia sobie, że wykładniczego przyrostu produkcji - będącego elementem modelowania przyszłości - nie da się realizować i to z wielu powodów.

Jednym z nich jest to, że człowiek, nawet ten zamożny, którego stać na zaspokajanie wyrafinowanych zachcianek, ma ograniczoną percepcję i nie może na przykład oglądać dwudziestu filmów na raz. Ma też skończonych rozmiarów żołądek, a jego doba przeznaczona na konsumpcję ma też tylko 24 godziny. To sprawia, że nawet bogaci utracjusze muszą w pewnym momencie powiedzieć konsumpcji stop.

Innym powodem fiaska wizji wykładniczego wzrostu są skończone zasoby surowcowe planety. Dotyczy to zwłaszcza ropy, której zużycie zacznie niedługo spadać, gdyż zbliżamy się do szczytu jej wydobycia. Lecz inne surowce także wyczerpują się w wielkim tempie, a rabunkowa gospodarka wysokowydajną w pozyskiwaniu energii przyrodą sprawia, że coraz wolniej magazynujemy energię słońca pozyskiwaną przez rośliny nieuprawowe.

Wreszcie, uwarunkowaniem rozwojowym w ogóle nie analizowanym przez ekonomistów jest ograniczona zdolność adaptacyjna świadomości do nagłych przekształceń cywilizacyjnych. Dzisiejsze szalone tempo zmian technologii sprawia, że studenci trzeciego roku uczelni technicznych muszą weryfikować swoją wiedzę zdobytą na pierwszym roku studiów. Przed takimi wyzwaniami zbiorowa świadomość ludzkości nigdy do tej pory nie stawała, nie mamy więc doświadczeń, które by nam ułatwiły radzenie sobie z tą sytuacją.

Wymienione ograniczenia sprawiają, że między bajki należy włożyć założenie kontynuacji stałego wzrostu gospodarczego, w tym i wykładniczego wzrostu konsumpcji. Machina prognozowania finansowego ciągle jednak nie bierze tej oczywistości pod uwagę, gdyż kanon wzrostu dalej obowiązuje. W efekcie tkwimy wciąż w paradygmacie sztucznie okresowo przyspieszanego rozwoju - napędzanego propagandą optymizmu - po którym następuje proporcjonalna do długości okresu prosperity zapaść, powodująca masową pauperyzację wyemancypowanej w okresie boomu klasy średniej i dalszą koncentrację światowego kapitału.

Skoro zatem nie sposób poważnie traktować modelu gospodarczego opartego na ciągłej ekspansji i wzroście, można zasadnie pytać, dlaczego uparcie lansują go ekonomiści i media? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy najpierw ujawnić wspomnianą i ukrywaną przed opinią publiczną przyczynę kryzysu, jaką jest

systemowy i chroniczny deficyt siły nabywczej w stosunku do światowej produkcji. Deficyt ten wynika z przyjętego w późnym średniowieczu systemu dwustronnego księgowania, a zwłaszcza z koncepcji amortyzacji i zysku, która umożliwiała wypłatę dywidendy nawet wtedy, gdy wydatki przedsiębiorstwa przewyższały jego przychody. Amortyzacja okazała się niezwykle korzystna dla rodzącej się burżuazji, która za jej pomocą mogła w teraźniejszości akumulować kapitał, przesuwając koszty jego pozyskania w coraz odleglejszą przyszłość. Schemat tego wynalazku kreatywnych księgowych przedstawiam na poniższym wykresie, gdzie przychody minus wydatki dają wartość ujemną, a przychody minus amortyzowane koszty dają wartość dodatnią.

Za pomocą amortyzacji - która rozkłada spłatę realnie przez przedsiębiorcę ponoszonych wydatków na wiele lat jego domniemanej prosperity w biznesie – zaproszono niejako przyszłość do udziału w grze rynkowej. Milczącym założeniem tej operacji było bowiem to, że przedsiębiorca utrzyma się w grze rynkowej przez cały okres spłaty rat amortyzacyjnych.

Kreatywna księgowość późnych wieków średnich była pierwszym znaczącym krokiem w stronę bankowości, jaką znamy dzisiaj, gdyż - podobnie jak w analizach kredytowych - zakładała przyszłą długoletnią wiarygodność klienta oraz zasadniczą niezmienność warunków gospodarowania. Dodać należy, że otwierała ona drogę wielkiej akumulacji kapitału i zjawisku niezamykania się cykli produkcyjnych, które jest prymarnym źródłem dzisiejszych perturbacji rynkowych. Akumulacja kapitału to bowiem nic innego, jak powstrzymana konsumpcja, ujawniająca się na rynku deficytem popytu.

I tutaj właśnie zaczyna się Eldorado banków, gdyż lukę w popycie wypełniają one nowym kredytem. Nowy kredyt zwiększa siłę nabywczą ludności i umożliwia skonsumowanie produkcji, czyli wykupienie ze sklepów tego, co wytworzył niezwykle wydajny - i coraz wydajniejszy - przemysł.

Gdyby nie nowe kredyty, przemysł nie zdołałby odtworzyć cyklu produkcyjnego - musiałby ulec daleko posuniętej implozji. Jednak kredyt, powiększający się w okresach boomu w tempie wyższym, niż przyrost produkcji, oznacza dla kredytobiorców coraz większe zobowiązania na przyszłości, branie jej niejako w niewolę status quo, w którym ekonomia skazana jest na trwanie w fatalnym błędzie petryfikującym jej niezrównoważenie.

Nowym kredytem banki wspierają wybrane przez siebie podmioty gospodarcze, które dają gwarancję spłacalności nie tyle rat, ile odsetek od nich. Dla banków korzystna jest bowiem sytuacja rosnącej masy udzielonych kredytów, o ile tylko odsetki od nich są terminowo regulowane przez dłużników. Natomiast zwrot samego kredytu oznacza unicestwienie źródła lukratywnego przychodu, czym banki wcale nie są zainteresowane.

W praktyce wielu firm niezbędna wielkość wsparcia kredytowego ze strony banków z roku na rok rośnie, a wraz z nią rośnie zależność przedsiębiorców od decyzji podejmowanych poza sektorem produkcyjnym. Nabiera to szczególnego znaczenia w okresie pogarszającej się dekoniunktury na rynkach światowych, czyli malejącego popytu na dobra konsumpcyjne, kiedy to prawdopodobieństwo niewywiązywania się producentów z terminowej obsługi zaciągniętych długów rośnie, gdyż ich towary nie są sprzedawane i zalegają w magazynach. W sytuacji pełnej zależności przedsiębiorców od zewnętrznego finansowania, nawet krótka zwłoka banku w przyznaniu firmie kredytu może oznaczać jej bankructwo.

Ostatecznym beneficjentem procesu wstrzymywania przez banki emisji kredytu (bo nie mają komu go wiarygodnie dać) jest kupiec masy upadłościowej, przejmujący majątek bankrutujących podmiotów za ułamek kosztu jego odtworzenia. W czasie kryzysów do kupujących należy wąska elita osób posiadających wciąż zdolność kredytową, tracą zaś majątek właściciele upadających firm i ich kierownicy - zaliczani do klasy średniej.

Jak się oblicza, średnie oszczędności obywateli kształtują się na poziomie 20% PKB. Oznacza to, że oszczędności społeczeństwa wystarczają średnio na 2-3  miesiące konsumpcji bez pracy. Po wyczerpaniu tego bufora można oczekiwać dalszego spadku popytu i pogłębiania się systemowego deficytu siły nabywczej. Oznacza to dla sektora produkcyjnego dalsze redukowanie produkcji oraz personelu i kontynuację spiralnego lotu dziobem w dół.

W tej sytuacji zdumienie budzą środki zaradcze, jakie przyjmują rządy, aby ratować sytuację. Zamiast uruchamiać programy budżetowego wspierania kulejącej konsumpcji, wspierają banki i dalszą emisję komercyjnego kredytu. Komu jednak banki mają go udzielić, żeby ratować niezamknięty cykl produkcyjny, skoro wszyscy wiarygodni kredytobiorcy wyczerpali się. Oto jest pytanie na miarę tego kryzysu.