Praca dla płacy

29.09.2010

Przychody ludności nie związane z wytwarzaniem produktów kierowanych na rynek (militaryzacja, biurokracja) są konieczne, aby sfinansować dystrybucję produktów rynkowych już wytworzonych i zapewnić kontynuację ich produkcji.

Wielkim marnotrawstwem w tym procesie jest praca ludzi na rzecz finansowo-państwowego molocha, który rozrasta się coraz bardziej, wprzęgając obywateli w swoją obsługę.

Moloch jest deproducentem, który zżera wszystkie nadmiary rosnącej nadproduktywności przemysłu. Zżera wolny czas mas w imię korzyści coraz węższej grupy ludzi.

Moloch jest też antyproducentem, kiedy niszczy dobra już istniejące w wojnach. Jego celem jest zmniejszanie populacji ludzi i zwiększanie „populacji” maszyn, idące w ślad za rozwojem technologii.

Moloch rozrasta się z tego powodu, że wypłatami wynagrodzeń osób wplątanych w jego tryby można - choćby częściowo - łatać deficyt siły nabywczej na rynku. Deficyt ten wynika z tego, że wpływ ze sprzedaży towarów nie w całości jest przeznaczany na wypłaty dla pracowników, zakup surowców i amortyzację maszyn. Cześć ceny nie uczestniczy zatem w odtworzeniu kolejnego cyklu produkcyjnego. Na część tę składa się suma oszczędności odłożonych na rachunkach bankowych i reinwestycji producentów. Od sumy tej odlicza się wartość bilansu handlowego (jeśli bilans jest ujemny, to deficyt powiększa się).

Zauważmy, że każdy urzędnik, aby uzsadnić swoje bycie na stanowisku, musi mieć lub tworzyć petentów. Petentami zaś jesteśmy my wszyscy. A zatem nie dość, że wielu urzędników zajmuje swoje stołki wyłącznie po to, aby można im były wypłacić pensję, czynią oni w dodatku pracę ujemną, gdyż zabierają wolny czas innym ludziom, czyli nam wszystkim. Stąd deprodukcja - nie dość, że brak produkcji czegokolwiek potrzebnego, to jeszcze zabieranie innym ludziom ich bezcennej wolności.

Jeszcze gorsze efekty przynosi miltaryzacja życia, będąca marnotrawstem gigantycznym, począwszy od marnowania energii młodych rekrutów, którzy sa przerabani na potencjalnych zabijaczy, marnowania surowców na broń, marnowania armii ludzi pracujących na rzecz przemysłu zbrojeń, a kończąc na prawdziwych wojnach, które sa unicestwianiem pracy ogólnospołecznej włożonej w wychowywanie ludzi i tworzenie dóbr matrialnych. Wyprodukowany pocisk gdzieś kiedyś w końcu wybucha i czyni szkody znacznie większe, niż koszt jego wyprodukowania. Zabijanie ludzi i burzenie tego, co zostało zbudowane, to marnotrawstwo ekstremalne.

Czy nie lepiej byłoby wypuścić tych de- i antyproducenckich harcowników kosztujących społeczeństwo krocie - po prostu wysłać na zieloną trawkę, aby opiekowali się w swoich domach dziećmi bądź osobami starszymi i nie świadczyli swojej antypracy. W zamian uwolnuione od ich antypracy społeczeństwo odetchnęłoby z ulgą i wypłaciło im wynagrodzenie podstawowe, zapewniające liche, ale godne życie.

Byłem w Berlinie i rozmawiałem z ludźmi żyjącymi z socjalu, który w Niemczech wynosi ok. 1000 Euro miesięcznie dla samotnej osoby bez dzieci. Berlińczycy w różnym wieku dorabiają sobie do tegoż socjalu w licznych kooperatywach prowadzących kawiarnie, restauracje czy sklepy, albo jako wolontariusze udzielają się w kulturze i życiu społecznym. Miasto kwitnie i tętni życiem. Bycie na zasiłku bynajmniej nie pozbawia ludzi aktywności. Są pracowici na plus, a nie depracowici.

Takie aktywne życie mogliby także prowadzić zbędni dziś i rosnący w liczbę urzędnicy, gdyby stworzyć im wygodna poduszkę do lądowania po zwolnieniu z pracy - basic income (wynagrodzenie podstawowe). Basic income powinni także otrzymać pracownicy zbrojeniówki, a przynajmniej większość z nich. Pora chyba w XXI wieku na rozbrojenie, no nie?

(CC) Krzysztof Lewandowski
Be free to copy