Powszechne wynagrodzenie

Powszechne wynagrodzenie to warunek sine qua non jakiejkolwiek reformy systemowej. Obecnego, drapieżnego liberalizmu finansowo-korporacyjnego o charakterze oligarchicznym nie da się w inny sposób przekształcić. Tylko tak można uratować społeczeństwo od postępującego niewolnictwa, oznaczającego pogrążanie się w coraz większych długach. Pamiętajmy, że odsetki od długów płacimy oligarchom i ich poplecznikom, którym zależy tylko na jednym - na utrzymaniu status quo lichwy i systemowego wyzysku mas. 

Aby reforma systemowa nie pozostała li tylko propagandową lipą, państwo polskie musi zacząć emitować kredyt nie w postaci czyjegoś zobowiązania jego spłaty, tylko jako kredyt bezzwrotny, który pozwoliłby dźwignąć się narodowi z brzemienia długów obciążonych odsetkami.

Powszechne wynagrodzenie należy traktować jako narodowe dziedzictwo. To efekt kultury produkcji, z którym każdy przychodzi na świat. Dzisiejszy postęp to przecież rezultat pracy wcześniejszych pokoleń, którym przyświecała idea uwolnienie człowieka od znoju pracy zarobkowej. Brakiem konieczności pracy zarobkowej, a nie pełnością zatrudnienia, powinno się w epoce robotów mierzyć postęp w technikach wytwarzania.

Obecne nadwyżki wydajności produkcji przejmują oligarchowie i ich wasale w administracji, wojsku, policji, bankach, sądach i korporacjach. Wszyscy oni, najczęściej nieświadomie, zabiegają o status quo i za to otrzymują wynagrodzenie. Narzędziem ich panowania nad światem jest rosnący, oprocentowany dług, będący źródłem przychodów i władzy. Tak dalej być nie może, o ile chcemy, aby świat nie pogrążał się w mroku terroru i niewoli. 

Rozwiązaniem problemu nadprodukcji jest powszechne i równe wynagrodzenie dla wszystkich: osesków i starców, biedaków i miliarderów. Przy obecnym stanie technologii i problemach z zatrudnieniem powinno ono wynosić już 1/3 PKB, czyli ok. 500 mld zł. Podzielone przez 38 milionów i 12 miesięcy dałoby to kwotę 1100 zł miesięcznie na głowę Polaka.

Korzyść z powszechnego wynagrodzenia byłaby natychmiastowa i ogromna. Po pierwsze, pojęcie emeryta zniknęłoby raz na zawsze z repertuaru ról społecznych. Zniknęłyby także pojęcia biedaka czy lumpa, bo przecież każdy człowiek robi w życiu wiele pożytecznych rzeczy, bez pobierania za to wynagrodzenia. 

Powszechne wynagrodzenie uwolniłaby od obowiązku świadczenia durnej, administracyjnej roboty armię ludzi obsługujących obecnie ZUS, opiekę społeczną, pośredniaki i wiele innych instytucji budżetowych. Ta armia ludzi mogłaby zająć się pracami pożyteczniejszymi, niż ślęczenie nad kolumnami cyfr i stertami dokumentów, a więc domową opieką nad dziećmi i osobami chorymi, sztuką, działalnością społeczną. Oszczędności w transporcie do i z pracy oraz w korzystaniu z powierzchni biurowej byłyby natychmiastowe, więc i budżet można by znacznie zmniejszyć, przykrawając go do realiów XXI wieku. 

Pozostałe 2/3 PKB byłoby w tych warunkach do zagospodarowania przez ludzi zdrowych i pracowitych, którzy przy obecnym poziomie produkcji mieliby do zarobienia ok 1000 mld zł rocznie. Zakładając, że osób takich znalazłoby się w Polsce ok 5 mln, każda z nich miałaby do zarobienia ok 17 tys. zł miesięcznie. Czy to zła perspektywa dla Polski?