Podpis Clintona

31.10.2011

Wszystko wskazuje na to, że Ameryka, nasz niedościgły wzór i przyjaciel, w 99 procentach schodzi na psy, a w 1 procencie ulatuje w obłęd zwany oligarchią.

Jest to obłęd garstki osób, które powinny podlegać intensywnej socjoterapii, a niekiedy i terapii psychiatrycznej, z racji chciwości, której uległy w życiu doczesnym. Jak podaje Spiegel, 400 najbogatszych Amerykanów posiada tyle, co "dolnych" 150 milionów Amerykanów!

Nożyce zarobków rozwierają się w rosnącym tempie. W roku 1980 przeciętny szef korporacji w USA zarabiał 42 razy więcej, niż wynosiła średnia krajowa. Dziś zarabia ponad 300 razy tyle!

W latach 2002-2007 w USA, 65 procent dochodów trafiło do 1 procenta najbogatszych. Nawet tak zachowawcza instytucja, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, przyznała w raporcie opublikowanym we wrześniu tego roku, że "przyczyną obecnego światowego kryzysu gospodarczego może być po części wzrost nierówności w USA".

Jak rosnące bogactwo ma się do kryzysu? Otóż trafia ono w rosnącej części nie na rynek, a do spekulacyjnych funduszy, które mają je pomnażać bez ryzyka dla posiadaczy. Można to osiągnąć wyłącznie poprzez melanż giełd, banków i instytucji ubezpieczeniowych.

Jak donosi Spiegel, na ścianie gabinetu Sanforda Weilla, byłego szefa Citigroup, wisiało oprawione w ramy pióro prezydenta Clintona, którym tenże podpisał w 1999 roku unieważnienie klauzul zabraniających łączenia funkcji bankowych z funkcjami ubezpieczyciela.

Klauzule te wprowadzono w 1933 roku sanacyjnym aktem Glassa-Steagalla, który zabraniał ruchów finansowych prowadzonych w konflikcie interesów. Podpis Clintona sprzed ponad dekady, znoszący ten akt, dał asumpt do rozwoju patologii rynku CDO - śmieciowych papierów, które dzięki wewnętrznym ubezpieczeniom uzyskiwały najwyższą kategorię jakości AAA, co stało się zalążkiem obecnego kryzysu.

W istocie stworzony podpisem Clintona melanż banków, ubezpieczycieli i rządów jest dziś tak ścisły, że rozerwać go może wyłącznie wewnętrzna sprzeczność. Tą sprzecznością, która drąży kapitalizm od środka i która w ostatnich latach ujawnia się z coraz większą siłą, jest coraz bardziej dotkliwy brak rynków inwestycyjnych dla góry emitowanych ex nihilo papierów wartościowych, które zmieniają portfele jak stroje, aby przyciagnąć odsetki, których ostatecznie nie ma komu płacić.

Ostatnią deską ratunkową dla chciwego odsetek kapitału sa zwykle fundusze publiczne, gwarantowane mocą państw, czyli ogółu społeczności. W 2008 roku zostały one zaatakowane przez bankrutujące banki i towarzystwa ubezpieczeniowe dramatycznym apelem o wsparcie. Jednak przerzucanie przez finansowe elity na społeczeństwo rosnących kosztów akumulacji ich - elit - kapitału napotyka zawsze wcześniej czy później na rosnący opór społeczny i społeczne nieposłuszeństwo.

Z tą fazą dziejową mamy obecnie do czynienia w Ameryce pod postacia ruchów Occupy, gdzie formułowane są konkretne postulaty polityczne pod adresem pseudonietykalnych.

Jednym z postulatów Occupy Wall Street jest powrót do pieniądza i kredytu prawdziwie publicznego oraz rozbudowa struktury banków publicznych: banków municypalnych i centralnych banków stanowych, służących szerokiemu ogółowi, a nie tylko garstce uprzywilejowanych właścicieli i menedżerów.

Patologie chciwości trzeba eliminować, jesli nie przez psychiatryk, to ustawą.

Myslę, że podobne postulaty trzeba postawić Europie, i to szybko.

(CCA) Krzysztof Lewandowski
Be free to copy