Luka

29 czerwca 2012

Współczesne czasy, poprzedzone wdrożeniem na powszechną skalę komputerów, przenośnych telefonów i internetu, różnią się zasadniczo od czasów je poprzedzających, w których zbieranie i przetwarzanie informacji wiązało się z olbrzymimi kosztami.

Dziś informacje w coraz większym stopniu zbierają się same, albo mogłyby się zbierać same, gdybyśmy temu procesowi nie stawiali wielu barier.

Ekonomia to nic innego, jak redukcjonistyczna wiedza o zachodzących procesach energetycznych pomiędzy podmiotami indywidualnymi oraz zbiorowymi. Redukcjonistyczna czyli uproszczona, kanciasta w porównaniu do płynnych procesów, jakie zachodzą w prawdziwych relacjach wymiany. 

Stopień kanciastości teorii, czyli niedopasowania wiedzy (okularu) do rzeczywistości, decyduje o jej jakości. Jeśli teoria uznawana przez większość staje się bardzo kanciasta na skutek tego, że rzeczywistość uległa przemianie, wówczas wpływ samej teorii na rzeczywistość niepokojąco rośnie, wypaczając naturalne procesy rozwoju i doprowadzając do napięć.

Wydaje się, że z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie. Rzeczywistość gna bowiem jak oszalała do przodu, pozostawiając daleko za sobą kamień milowy - bramę epoki informacji - podczas gdy ekonomia wciąż tkwi w paradygmacie XX wieku, paradygmacie znoju, czyli pracy opodatkowanej, nadkonsumpcji, czyli w efekcie długu, oraz amortyzacji, czyli dywi-dendy wypłacanej przedwcześnie. Teoria neoliberalizmu nie przewiduje, niestety, co z tymi pogłębiającymi się sprzecznościami począć, gdyż wynikają one z samych jej założeń.

Warto zauważyć, że stopień zintegrowania ludzkich działań jest dziś bardzo wysoki, z czego płynie wniosek, że praktycznie nikt nic nie robi dziś sam, a tylko w zespole i w olbrzymim uwarunkowaniu informacyjnym. Dzięki temu silnemu sprzęgowi i synchronizacji osiągamy - jako ludzkość - wysoki poziom synergii, czyli wartości dodanej, jak zwali ją wcześniejsi autorzy. 

Współczesny, wysoki poziom wartości dodanej jest efektem współpracy globalnej. Jednak poza wytworzeniem coraz większego efektu, problemem wyłaniającym się od dziesięcioleci, który nasila się w epoce informacji, jest dystrybucja tego efektu. 

Obecne zatory w dystrybucji tego, co w nadmiarze produkujemy, są wynikiem niedostoso-wania do tej produkcji siły nabywczej, czyli tego, co dostajemy w postaci pensji, umów i dywidend. Siła nabywcza jest podstawowym narzędziem podziału między ludzi wytwarzanej przez nich wartości dodanej, a jej niedostatki są podstawową przyczyną rosnących napięć społecznych. Ludzie są bowiem coraz bardziej oburzeni, gdy dostrzegają, z jakim irracjonalizmem traktuje się efekty ich pracy.

Irracjonalizm globalnego systemu objawia się przede wszystkim marnotrawstwem, np. 64 milionami mieszkań gotowych do zasiedlenia, które stoją puste w Chinach, podlegając procesowi entropii, a nie opieki. Z sytuacją podobnego marnotrawstwa mamy obecnie do czynienia w większości nowoczesnych gospodarek. 

Od lat narastająca dysfunkcja dystrybucji wartości dodanej sprawia, że wąskie elity przechwytują większość zysków płynących z unowocześniania produkcji, a reszta ludzi patrzy ze zgrozą, jak nieadekwatnie do zasług dzielone są przywileje i jak rośnie przemoc, aby je chronić.

Na podstawie porównania wielkości ogólnej sprzedaży towarów i usług w poszczególnych krajach z wielkością przychodów, jakie płyną do ludności produkującej te towary i usługi, można obliczyć, że w krajach uprzemysłowionych, do jakich zalicza się Polska, ok. 40 procent wszystkich cen nie posiada pokrycia w sile nabywczej ludności. 

Suma wszystkich przychodów ludności w Polsce wynosi 930 mld złotych, przy sprzedaży towarów i usług na poziomie 1500 mld złotych. Różnica między tymi wartościami stanowi lukę popytową, sięgającą 600 mld złotych rocznie. 

Luka popytowa obrazuje naliczane systemowo koszty amortyzacji istniejącego majątku produkcyjnego, które są wliczane w ceny towarów, ale których nie wypłaca się pracownikom ani przedsiębiorcom, więc nie przekładają się one na siłę zakupów.

W miejsce tej luki można bez powodowania inflacji wprowadzać świeży kredyt bankowy i o to chyba chodzi bankom, aby tak było nadal, gdyż jest to dla nich niezwykle dogodna sytuacja. W jej obliczu korzystanie z bankowych pożyczek staje się dla gospodarki systemową koniecznością, gdyż w przeciwnym razie po-nad 1/3 gospodarki musiałaby rocznie upadać.

Na zakończenie tej refleksji podam jeszcze - za Wikipedią - wzór na obliczanie PKB:

PKB = dochody z pracy + dochody z kapitału 

         + dochody państwa + amortyzacja.

Jak widać z tego równania, amortyzacja odpowiada za rosnącą wraz z uprzemysłowieniem lukę popytową i wynikającą z niej konieczność zadłużania się państw, firm i gospodarstw. Amortyzacja, będąca w istocie księgową sztuczką (zafałszowaniem realnego przebiegu finansowania), sprawia, że dywidenda dla inwestorów wypłacana jest szybciej, niż by to wynikało z rachunku realnych wpływów i wydatków z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej.

butiveAmortyzacja w rachunku księgowym powoduje systemowy błąd w całej gospodarce i nieadekwatność cen i popytu (popyt nie nadąża za cenami), przez co im kraj bogatszy, i im posiada większy majątek do amortyzowania, tym musi się bardziej zadłużać, co widać na przykładzie najbardziej nowoczesnych gospodarek, których stan zadłużenia w stosunku do PKB (GDP) przedstawia powyższy wykres.

Dlaczego jednak na sztuczkach księgowych mają korzystać nieliczni inwestorzy (przedsiębiorcy), wypłacający sobie przedwczesne dywidendy, a nie wszyscy obywatele? To pytanie stawia obecnie przed całym światem Ruch Oburzonych.

Dywidenda państwowa dla obywateli, będąca rekompensatą za to nadużycie, byłaby właściwym rozwiązaniem tego problemu.

Krzysztof Lewandowski

(CCA) Creative Commons Attributive

Dozwolone niekomercyjne kopiowanie

Tekst "Luka" jest przedrukiem z pisma ALTER, Nr 7, maj 2012, www.alterpismo.pl