Genetycznie zmodyfikowany tygrys

10.02.2012

Tym razem będzie nie o Stanach Zjednoczonych ;) ale o tygrysach właśnie. Otóż na "poważnej" debacie o ACTA, choć niepoważnie zwołanej, przeciwnicy GMO nie za dobrze wypadli, bo nie przyjęli dość ryzykowanego wyzwania Tuska. Była taka chwila jego zawieszenia w oczekiwaniu, kiedy można było wstać i powiedzieć coś do kamer - choćby to, że 70 procent świń na świecie to świnie GMO. Można więc oczekiwać, że niedługo 100% światowych stad tych zwierząt będzie zanieczyszczonych GMO, bo świnia GMO krzyżuje się bez problemów ze świnią czystą od GMO.

Na podobnej zasadzie możemy się spodziewać "poprawiania" genetycznego innych gatunków, gdy zysk z GMO będzie gwarantowany traktatem ACTA. Po wdrożeniu ACTA można oczekiwać, że wnet zapanują kaczki GMO i kury GMO, koty GMO i psy takież. Możemy też sobie wyobrazić tygrysa zmutowanego tak, aby nie był groźny dla ludzi, albo slonia z dwiema trąbami jak ręce.

I teraz wyobraźmy sobie, że niedługo cała przyroda będzie zanieczyszczona i skażona w podobny sposób przez uzurpatorskie eksperymenty naukowców, bardzo wyspecjalizowanych, ale o wąskich horyzontach i z wątpliwej jakości kręgosłupami moralnymi, przetrąconym grantami nołhałowego biznesu, którego strzec ma ACTA,

GMO rozprzestrzenia się, jak wiemy, w sposób niekontrolowany, a dobrze już opanowana technologia grzebania w genotypie i molekule daje się łatwo powielać w różnych placówkach badawczych, które ścigają się w tym, aby podmienić jedną choćby molekułę w czystych jeszcze od patentów organizmach i związkach chemicznych i na tej podstawie patentować nowe organizmy i związki. W ten sposób instytuty naukowe i stojący za nimi finansiści patentują stoniowo wszystko, co żywe i potencjalnie choćby użyteczne.

Strategia GMO-ACTA wydaje się oczywista: najpierw patentować, a po opatentowaniu zaszczepiać patentem wszystko, co się da, zwłaszcza przyrodę zdolną do reprodukcji na własną ręką, czyli bez kosztów, przyrodę, która dalej sama już powiela zanieczyszczenia i roznosi je po całym świecie.

Właściwie to biodemiurgom pozostaje tylko zadbać o to, aby tygrys GMO miał trochę większe łapy, zęby i pazury od tygrysa naturalnego, co zapewni mu pozycję alfa w stadzie i dalszą darmową proliferację patentu, co przy dzisiejszych technikach nie jest trudne do wykonania i znakomicie przećwiczone na innych super-gatunkach, np. zmutowanych mega-rybach, które z powodu swojej olbrzymiości nie pozostawiają szans na przywództwo normalerowym konkurentom. Podobnie i świnie Smithfielda nie dają szansy normalersom, których czysta od GMO genetyka wkrótce zaniknie.

Prawdopodobnie za kilka lat technika posunie się do przodu tak dalece, że śmiesznie tanie stanie się skanowanie, czy w kłosie czy ziółku rosnącym na polu nie znajduje się czasem jakiś opatentowany przez kogoś gen. Gdy zostanie wykryty, tantiemy - mocą ACTA - zaczną płynąć do właściciela patentu. Oczywiście, próbuję sprowadzić sytuację ad absurdum, ale ten kierunek myślenia jest odczuwalny aż nadto wyraźnie, zwłaszcza przez farmerów, których wielokrotnie koncern Monsanto pozywał do sądu za to, że dali się zanieczyścić genami upraw GMO. Tak więc kanary polne już naprawdę chodza po polach, wyłapując gapowiczów.

Wreszcie przyjdzie kolej na patentowanie i "poprawianie" ludzi, aż wszyscy zostaniemy genetycznie zaszczepieni mutacjami śledziony, serca czy mięśnia dwugłowego. Wtedy i nas zaczną skanować, co komu jesteśmy winni za bycie. Za posiadanie opatentowanej molekuły grzechu pierworodnego.

Krzysztof Lewandowski (Creative Commons Attributive)