Deglobalizacja

Globalizacja skompromitowała się i coraz trudniej to ukryć przed światem, nawet jeśli dysponuje się potężnymi w hipnotyzujących sztuczkach mediami. Po prostu ludzie nie lubią się samooszukiwać, wykraczając poza przyjętą miarę bierności, do której przywykli.

Tymczasem obrona status quo wymaga od nich coraz większego zaangażowania po stronie fałszu, na co nie wszyscy, dotychczas lojalni i bierni, wyrażają ochotę. Bierność nie zawsze bowiem oznacza zaprzaństwo i sprzedajność.

A koń jaki jest, każdy widzi. Kryzys uświadamia coraz większej liczbie osób, że to, co serwowano nam jako codzienną papkę wiadomości i komentarzy, niekoniecznie musi pokrywać się z rzeczywistością, nawet jeśli jest powtarzane unisono przez większość rozgłośni, redakcji i anten. Zwłaszcza komentarze dyżurnych ekonomistów wzbudzają coraz częstszy śmiech u odbiorców. Pamięć widza trwa bowiem czasem dłużej, niż miesiąc. W pewnym momencie przychodzi opamiętanie i refleksja, także u osób zmanipulowanych ugruntowanymi opiniami własnych środowisk.

Po roku od wybuchu kryzysu wiadomo już, że terapia uzdrawiająca światowej gospodarki i finansów musi być bardzo głęboka, aby przyniosła jakiekolwiek zmiany realne, a nie tylko krótkotrwałe symptomy poprawy, powierzchowne i tuszujące pogłębiającą się dysocjację i zapaść społeczną,

Człowiek nie może być postrzegany jako rywal maszyny w kolejce do pensji, gdyż maszyna nie zarabia nic. Maszynę można też eksploatować do woli bez wyrzutów sumienia, więc i na tym polu rywalizacja człowieka jest beznadziejna. Oparcie świata na filozofii rywalizacji człowieka z maszyną prowadzi więc najkrótszą drogą do zagłady ludzkości.

Globalizacja nie rozwiązała podstawowych problemów ludzkości, a tylko je spotęgowała, rozwarstwiając dochodowo ludzi i całe narody. Doprowadziła też do utraty samowystarczalności narodów w zakresie podstawowych dóbr i umiejętności ich wytwarzania.

Obecnie zaczynamy doświadczać - wbrew oficjalnym deklaracjom polityków - procesu odwrotnego do globalizacji, polegającego na zmniejszaniu się wymiany międzynarodowej, ograniczaniu międzynarodowej płynności finansowej i coraz szerszej konstatacji konieczności powrotu do samowystarczalności regionów w zakresie nisko przetworzonej produkcji rolnej i energii.

Koniec globalizmu, jaki znamy, to koniec elefantiazy dystrybucyjnej  w wydaniu międzynarodowych sieci handlowych, kierujących się obłędnym z ludzkiego punktu widzenia postulatem wyciskania z człowieka wydajności i oczekiwań płacowych maszyny (wydajność maksymalna, a oczekiwania zerowe). Ta filozofia doprowadziła do ruiny wiele państw, popadających w zależność od obcego kapitału.

Matrix finansowy, w który Polacy weszli w 1989 roku z animuszem głupca z zerowej karty Tarota, polega na tym, że pieniądze kredytowe tworzy się w bankach mocą dwustronnego księgowania, natomiast odsetki od pożyczek wyciągane są w realnych towarach i usługach, za którymi stoi określony wysiłek ludzki. Zdaje się, że wielu polityków do dzisiaj nie zdaje sobie z tego sprawy, zasiadając w fotelach sejmowych i na urzędach.

Skala polskiego udziału w matriksie finansowym to 32 miliardy złotych rocznie, jakie wydajemy na obsługę naszego długu narodowego, który nawarstwił się mocą przywileju związanego z dwustronnym księgowaniem. Skutki tego globalistycznego procederu zobrazujmy na przykładzie spektakularnym, aby uzmysłowić skalę dokonywanego na nas po cichu rabunku Otóż, jeśli zbudowanie przeciętnego hotelu kosztuje 50 milionów złotych, to kwota 32 miliardów wystarczyłaby na postawienie w każdym polskim mieście wojewódzkim po 40 luksusowych hoteli rocznie. Rok w rok.

Tyle w przybliżeniu krwi odsysają z naszej gospodarki cwani księgowi z obcych krajów. Polakom zaś 10-cyfrowe liczby przestają cokolwiek mówić. Powtarzam więc, równowartość materialną 40 hoteli w każdym wojewódzkim mieście oddajemy corocznie cwanym księgowym, a de facto cwanym właścicielom akcji bankowych, tylko z tytułu obsługi naszego zadłużenia. Te hotele będą w przyszłych latach przynosić dochody im, a nie nam, którzy je zaprojektowaliśmy, zbudowaliśmy i w których się nas zatrudnia.

W podobnym położeniu znajduje się większość zglobalizowanych społeczeństw. Międzynarodowe instytucje finansowe wytaczają z nas hektolitry krwi gospodarczej, którą są wszelkie nadwyżki  naszego potencjału wytwórczego, zadłużając nas po uszy, a potem przejmując stopniowo nasz majątek w wyniku egzekwowania wciąż rosnących odsetek od niespłaconych zobowiązań.

Przeciwstawną stroną długów indywidualnych, firmowych i państwowych są olbrzymie nadwyżki kapitałowe na kontach malejącej grupy oligarchów, którzy, nie wiedząc osobiście, co z nimi robić, lokują je bezpiecznie w maszynkach do robienia pieniędzy, jakimi są lokaty bankowe.

Depozytariusze tych lokat niczym nie ryzykują, zwłaszcza gdy kupują oprocentowane bony skarbów państw czy akcje centralnych instytucji bankowych. Np. amerykański bank centralny gwarantuje  ustawowo swoim oligarchom, posiadającym w nim uprzywilejowane akcje, stały, 6-procentowy dochód, niezależnie od sytuacji na światowych giełdach. Tego rodzaju przywileje są niczym innym, niż rabunkiem społeczeństw, zawłaszczaniem przez grupki uzurpatorów olbrzymich skutków postępującej nowoczesności. W efekcie, zamiast postępującej wolności indywidualnej, doświadczamy postępującej tyranii spekulantów. Świat zamienia się w kasyno, a jedyną wartością społeczną staje się żeton.

Góry księgowych pieniędzy domagają się odsetek ściąganych od dłużników. Z matematycznego punktu widzenia, domagają się wykładniczości wzrostu gospodarczego, niejako ją antycypując. Gdyby w tempie wykładniczym mogła też rozwijać się świadomość ludzkości, prawdopodobnie nie byłoby problemu. Nie byłoby też kryzysów, głodu, wojen i przestępczości. Jednak te zjawiska występują, co świadczy o tym, że świadomość społeczna wlecze się hen w tyle za obserwowanym postępem technologii. W tę lukę wkraczają uzurpatorzy mądrości - spekulanci i opłacani przez nich dziennikarze, przekonujący nas do ugruntowanego monopolu władzy pieniądza.

Obecne machinacje sektora finansowego Stanów Zjednoczonych wskazują na to, że robi się wszystko, aby utrzymać status quo systemu pieniądza i związanych z nim przywilejów dla najbogatszych. Zadanie to na dłuższą metę jest jednak niewykonalne - mission impossible - gdyż system znajduje się już daleko za punktem przegięcia krzywej hokejowej. Status quo w finansach i ogólnoświatowej spekulacji oznaczać więc może tylko eskalację konfliktów zbrojnych i kolejne pandemie wywołane przez człowieka.

Globalny kryzys jest na szczęście także znakomitą okazją dla przyspieszonego rozwoju świadomości, która zostaje wyrwana z letargu, w jaki wtrącają ją czasy prosperity. Status quo, zagnieżdżone w świadomości, nie może w tej sytuacji czuć się bezpiecznie. Szykują się zasadnicze zmiany, znaczone symbolicznie cyfrą 2012. Oto lista zadań deglobalizacyjnych, które wydają się zasadnicze dla przywrócenia w świecie pokoju i harmonii w miejsce obecnych zagrożeń cywilizacyjnych, jakie niesie z sobą coraz bardziej wyrachowana i wybuchowa globalizacja:

Fałszywy teoremat

Koniecznością dziejową staje się rozpoznanie i uznanie faktu, że cykle produkcyjne nie zamykają się, czyli że nieprawdziwy jest pogląd klasycznej ekonomii (teoremat Say'a), jakoby siła nabywcza wystarczała na wykupienie całej produkcji, która ją zrodziła.

Cykle produkcyjne nie zamykają się, gdyż niektórzy ludzie (i firmy) oszczędzają, zamiast całkowicie wydawać zarobione pieniądze. Nie zamykają się także dlatego, że przy długu zagranicznym część siły nabywczej, pochodzącej z produkcji przeznaczonej na podatki, wypływa z budżetu i trafia do sektora bankowego, zamiast na rynek.

W tej sytuacji metodą uzupełniania brakującej na rynku siły nabywczej staje się emisja nowego kredytu bankowego. Jego z każdym rokiem rosnącą produkcję obserwujemy z niepokojem, gdyż jest on kredytem z punktu widzenia banków, zaś z punktu widzenia kredytobiorców jest on rosnącym zadłużeniem, będącym znakiem niewoli.

Zadłużanie obywateli, firm i państw stało się normą, odkąd kredyt zaczęto tworzyć w bankach metodą dwustronnego księgowania. Praktyka ta nasiliła się w XX wieku, wraz z utworzeniem banku centralnego USA, największego obecnie na świecie producenta pieniędzy księgowych, które zadłużają świat.

Wydaje się, że kreacja pieniądza księgowego i związane z tym zadłużanie ludów jeszcze niezadłużonych były kluczowymi elementami procesu globalizacyjnego, który właśnie się zakończył. Zadłużono bowiem wszystkich, którzy mieli zdolność kredytową, a nawet zadłużono tych, którzy żadnej zdolności spłacania kredytu nie posiadali.

Znamienne, że w okresie zadłużania świat nie wypracował żadnego mechanizmu oddłużania. Przeciwnie, mimo że cykle produkcyjne nie zamykają się w wyniku dokonywania oszczędności, do oszczędzania zachęca się finansowo, oferując odsetki, mimo że przy obecnym systemie produkowania kredytu, drogą operacji księgowych, nie istnieje żadne etyczne czy racjonalne uzasadnienie dla wypłacania odsetek z tytułu lokat bankowych. Wręcz przeciwnie, istnieje wiele przesłanek dla zerowego, a wręcz ujemnego ich oprocentowania, zniechęcającego depozytariuszy do ciułactwa ponad miarę sensu społecznego.

Biurokracja zamiast wolności

Wszyscy konstatujemy rozrost biurokratycznej matni, w której pogrążamy się, spełniając żądania urzędników, którzy ją tworzą. Nowoczesność, komputeryzacja i internetyzacja, wszystkie te dobrodziejstwa cywilizacji, zamiast automatyzować biurokrację, odbierając jej stanowiska, gdzie tylko się da, mnożą etaty i ludzi w nią uwikłanych.

Biurokracja zawsze znajduje uzasadnienie dla swojego rozrostu, a podlana etosem pracy, będzie bez końca tworzyć okólniki i wytyczne, a następnie sankcje dla tych, którzy jej nie słuchają. Zawsze przecież można równiej przyciąć trawę albo lepiej strzec zbiorowego majątku, zdrowia publicznego czy poziomu edukacji. Biurokracja ma więc ustawiczne alibi dla powiększania swoich szeregów i zadań.

Dzisiejszy biurokrata, wyposażony w komputer i drukarkę, jest szczególnie niebezpieczny, bo jego wysiłek związany z produkcją i wysyłką do obywateli wszelkiego rodzaju poleceń, jest znikomy w porównaniu do pracy, jaką w te czynności musiał wlożyć w epoce przedinformacyjnej. Dzisiejszy biurokrata zalewa więc nas korespondencją, w dodatku najpewniej bez świadomości, że z równie wielką wydajnością pracują też inni biurokraci. Każdy biurokrata liczbą kontaktów z obywatelami uzasadnia bowiem sens swojego stanowiska pracy. Nic więc dziwnego, że wydajność biurokratyczna rośnie, a w raz z nią rośnie uciemiężenie obywatela.

Pora najwyższa odbiurokratyzować biurokrację, bo biurokracja to największa pułapka wolności indywidualnej człowieka.


Chaos leksykalizacji

Rewersem biurokracji jest leksykalizacja wszelkich zakątków i zakamarków rzeczywistości. Życie prawnika nie należy do przyjemnych, a to z racji ustawicznego stresu, jakiemu jest poddany, napierany z jednej strony przez własnych klientów, z drugiej zaś przez prawników strony przeciwnej. Życie prawnika nie jest też spokojne, gdyż prawa nikt tak naprawdę nie zna, także prawnicy. Sam kodeks żywieniowy to 16 tysięcy stron przepisów, trudno więc być specjalistą nawet w wąskiej dziedzinie. Prawnik żyje więc w wiecznym napięciu i poczuciu niepewności.

Dla obywatela żyjącego w nie mniejszym napięciu wynikającym z rozrostu kodeksów, wyroki sądu zaczynają przypominać traktaty naukowe, a dotyczą zwykle wydarzeń, o których obywatel decyduje w jednej chwili, niekoniecznie będąc prawnikiem. Jest taka magiczna formułka, że nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności przed nim, ale traci ona sens w gąszczu debat i dyskusji między samymi prawnikami, jak interpretować to, czy tamto zdarzenie. Cóż dopiero ma w tej sytuacji robić obywatel nieprawnik?

Prawo powinno być proste i zrozumiałe, a skoro jest zawiłe i skomplikowane, należałoby powołać jakąś instytucję, aby je radykalnie uprościć.

Histerie sterowane

Histerie generowane za pośrednictwem rządów i mediów są formą odwracania uwagi od lobbystycznych praktyk koncernów, lansujących sprzedaż własnych produktów. Wojna jest miejscem konsumowania broni, ciała ludzi są obszarem konsumpcji szczepionek i leków, pola uprawne są terenem zbytu biotechnologii.

(cdn...)