Bananowa demokracja

18.04.2011

Co się dzieje z bogactwem nowoczesnego społeczeństwa XXI wieku? Do kogo trafia efekt wysiłków i mądrości całego świata? Kogo bogaci olbrzymia i nieznana wcześniejszym pokoleniom wydajność maszyn i komputerów, które zastępują w pracy ludzi? Te ciekawe pytania zadali w swojej pracy dwaj amerykańscy profesorowie ekonomii politycznej, Jacob S. Hacker z Uniwersytetu Yale i Paul Pierson z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii.

Wynik ich studiów - opublikowanych w 2011 roku nakładem wydawnictwa Simon & Schuster - nie powinien być zaskakujący dla przeciętnego obserwatora, który gołym okiem widzi rosnące dysproporcje dochodów ludzi ultra-boatych i wszystkich pozostałych. Z analiz Hackera i Piersona wynika niezbicie, że bogaci z samego szczytu piramidy bogacą się jak nigdy dotąd, podczas gdy warstwa średnia znika i rozpływa się w masach ludzi zadłużających się.

Jest to efekt gwałtownej zmiany politycznej, jaka miała miejsce na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, dla której impulsem była rewolucja w paradygmacie ekonomicznym. Miała ona miejsce w pierwszej połowie lat 1970-tych, za prezydentury Richarda Nixona. To wtedy unilateralnie (czytaj: bez oglądania się na resztę świata) Stany Zjednoczone zlikwidowały parytet złota w wymianie międzynarodowej i upłynniły kursy walut. Od tego momentu dolar - jako główna waluta rezerwowa banków i środek wymiany międzynarodowej, za który wyłącznie można było kupić ropę lub kontrakty futures na surowce - daje Ameryce wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję w świecie biznesu i finansów.

Po zniesieniu parytetu złota kreacja dolara ex nihilo - bez złotej kotwicy - rozpoczęła się na niespotykaną w historii ludzkości skalę - w dodatku bez hiperinflacji, która dotknęłaby każdy inny kraj, próbujący podobnej recepty na dobrobyt. Eksport dolarów poza granice USA sprawiał, że USA unikały przez dziesięciolecia inflacji we własnym kraju.

Na bazie przywilejów walutowych dolara, od lat 1970 datuje się urągający demokracji rozkwit fortun przedstawicieli banków i świata finansów, którzy - dysponując możliwością kreowania ogólnoświatowego środka wymiany, ex nihilo - zaczęli w ekspresowym tempie mnożyć własne wpływy polityczne i własne fortuny, odbierając pozostałym obywatelom szanse na równe uczestnictwo w korzyściach płynących z nowoczesności. Równocześnie media amerykańskie upowszechniały gladiatorski wizerunek sukcesu w bezlitosnej rywalizacji, odpowiadający modelowi "zwycięzca bierze wszystko".

W świetle analiz przeprowadzonych przez profesorów Hackera i Piersona, obejmujących okres od 1913 do 2007 roku, widać, że zyski z nowoczesności płyną od ok. 40 lat do wąskiej grupy 1 procenta populacji, która posiada dochody średnio 25 razy wyższe, niż średnia krajowa. Dysproporcje tej wielkości zdarzają się w republikach bananowych zarządzanych przez klany dyktatorów i były przedmiotem ostrej krytyki jeszcze 40-50 lat temu. Tym razem podobne dysproporcje dotyczą pierwszej potęgi militarnej świata, drugiej (już nie pierwszej) potęgi gospodarczej świata i państwa stawianego innym krajom za wzór demokracji.

Rodzi się pytanie, czy fakt, że w jakimś kraju odbywają się co kilka lat wybory, prowadzone pod dyktando mediów, może być usprawiedliwieniem dla zastosowania wobec niego terminu demokracja. Zwłaszcza gdy media sterujące opiniami wyborców należą do owego jednego procenta elit, a kraj pogrąża się w neoniewolnictwie, czyli tyranii długów.

Autorzy przyjrzeli się stratyfikacji dochodów wewnątrz owego jednego procenta tyranów, którym służy konstrukcja współczesnego świata. Najbogatsza grupa 0,01 procenta Amerykanów zarabia średnio ponad 600 razy tyle, ile wynoszą przeciętne zarobki w USA. Obywateli żyjących w Stanach Zjednoczonych pod takim parasolem finansowym jest ok. 30 tysięcy. Posiadają oni środki finansowe wystarczające, aby skorumpować kogokolwiek, jeśli nie jawnie, to pod postacią grantów dysponowanych za pośrednictwem fundacji i funduszy powierniczych, które "niewinnie" trafiają do kieszeni korumpowanych. W ten sposób ów 1 procent stale poszerza i monopolizuje władzę.
 
To ludzie jednego procenta wyznaczają militarystyczne trendy i wykupują apartamenty w schronach atomowych, ufając, że nie dopadnie ich tam gniew zadłużonego ludu ani skażenie środowiska, którego są autorami. To ci ludzie dążą do status quo zdobytych przywilejów, których bronią szantażem atomowym. Czy robią to osobiście? Ależ uchowaj boże! Osobiście zajmują się unikaniem ostentacyjnych działań, które - gdy ma się odpowiednie ku temu środki finansowe - można przecież podzlecić komukolwiek. Choćby opozycji Kaddafiego.

(CCA) Krzysztof Lewandowski
Be free to copy